Miejskie legendy – Panna młoda, która straciła głowę

Pisałam w pierwszej części cyklu o legendach miejskich, że tak jak w klasycznych legendach, ukryta w nich jest przestroga lub rada i zazwyczaj dotyczą tematów budzących powszechne emocje. Ślub i wesele to szczególnie stresujące wydarzenie omawiane często, długo planowane i wyczekiwane. Dzień, który powinien być idealny, ale co będzie jeśli coś pójdzie nie tak?

Lubimy się bać, lubimy się straszyć, stąd chyba tak wielka różnorodność i popularność legend weselnych.

Co złego może więc spotkać pannę młodą? Będzie chronologicznie.

Ugotowana w solarium

Pierwsze niebezpieczeństwo czyha na nas już na etapie przygotowań. Szczególnie jeśli wszystko odłożymy na ostatnią chwilę… Co spotyka niefrasobliwe panny młode, które za późno wzięły się za przygotowania? Posłuchajcie:

Pewna panna młoda bardzo nie chciała iść do ślubu blada, a że pogoda nie sprzyjała, to jedynym rozwiązaniem było pójścia na solarium. Niestety zamiast rozłożyć to przygotowanie w czasie zostawiła to na ostatnią chwilę. Bojąc się, że jedna sesja pod lampami to zdecydowanie za mało zrobiła sobie w przeddzień ślubu istny rajd po solariach w Kielcach, wszędzie spędzając 5 minut.

Nadszedł ślubny poranek, a młoda nie pojawiała się na śniadaniu, nie wychodziła z pokoju, chociaż powinna już zbierać się do kosmetyczki. Gdy zaniepokojona matka poszła ją obudzić odkryła, że dziewczyna leży martwa w swoim łóżku. Sekcja zwłok wykazała, że powodem śmierci było ugotowanie się narządów wewnętrznych spowodowane zbyt długim opalaniem.

Taką historię opowiadała moja koleżanka w 2014 roku. Koleżanka pochodziła oczywiście z Kielc. Miejskie legendy mają to do siebie, że opowiadający zawsze lokalizuje wydarzenia w swojej okolicy.

Dlaczego uważam, że to miejska legenda? Bo wielokrotnie później słyszałam tę historię powiązaną w innymi miejscami w Polsce, to po pierwsze. Po drugie, ta legenda nie ma polskiego pochodzenia, zajmowali się nią Pogromcy Mitów i nie udało im się ugotować kurczaka w solarium.

Trupi jad

Historia z ugotowaną panną młodą zrobiła odpowiednie wrażenie, wtedy inna koleżanka opowiedziała historię ze swojej okolicy:

Niezbyt bogata dziewczyna postanowiła trochę zaoszczędzić i na wesele kupić suknię w komisie. Kupiła piękną sukienką, dokładnie taką, jaką chciała i to niezbyt drogo. Była bardzo zadowolona.

Niestety dziewczyna po oczepinach zasłabła i pomimo wezwania karetki zmarła niedługo w szpitalu. Dochodzenie wykazało, że zatruła się trupim jadem.

Skąd trupi jad? A no z feralnej sukni ślubnej… Okazało się, że komis w tanie suknie ślubne zaopatrywał się w kostnicy. Za niewielką opłatą grabarz ściągał suknie ślubne z martwych dziewczyn, gdy wiedział, że podczas pogrzebu trumna będzie zamknięta.

Legendy koniec. Śmieszna sprawa, że ta historia jest chyba najbardziej żywa z tych, dotychczas przeze mnie prezentowanych, bo po wpisaniu w Google hasła „Trupi jad” wyskakuje sporo dyskusji z for internetowych gdzie ludzie zarzekają się, że zdarzyło się to w ich okolicy. Nie zawsze pannie młodej, czasem zwykłej osobie zaopatrującej się w szmateksach.

Czemu uważam, że to fałszywka?

Ta historia to prawdziwa staruszka! Po angielsku znalazłam jej trochę inną wersję z 1945 roku. Legendy miejskie są naprawdę uniwersalne i długowieczne jak widać. Wersja z 1945 roku mówi o rodzinie, która po śmierci młodej kobiety kupiła dwie sukienki dla zmarłej nie mogąc w sklepie zdecydować, czy żółta czy czerwona będzie lepsza. Wzięli więc dwie z zamiarem podjęcia tej decyzji w domu na spokojnie i oddania później sukni, która nie zostanie wybrana. Obie suknie trafiły do zakładu pogrzebowego, rodzina podjęła decyzję, że zmarła wystąpi w czerwieni. Gdy rano przyszli do zakładu okazało się, że zmarła omyłkowo została ubrana w suknię żółtą. Na prośbę rodziny pomyłka została naprawiona, a żółta suknia trafiła później jak gdyby nigdy nic z powrotem do sklepu.

Oczywiście suknia została kupiona przez zupełnie przypadkową dziewczynę, która założyła ją na tańce. W trakcie imprezy zasłabła, by nigdy się nie obudzić.

To ciekawe, że w Polsce historia zyskała rys przestrogi przed rzeczami używanymi, gdy w wersji oryginalnej pokazuje po prostu, że niebezpieczeństwo czaić się może dosłownie wszędzie i każdy z nas może być zagrożony.

Panna młoda bez głowy

Kilka lat temu moja mama robiła studia podyplomowe w trybie weekendowym. Z jednego wyjazdu wróciła wyjątkowo załamana. Po kilku westchnięciach w stylu: „Taka straszna historia, aż sobie popłakałam.” opowiedziała mi co następuje:

We wsi obok której mieszkała koleżanka mamy było dwa tygodnie wcześniej wesele. O północy były oczepiny, pijane towarzystwo podrzuciło pannę młodą tak energicznie, że chodzący wiatrak sufitowy urwał jej głowę. Zrozpaczony pan młody zniknął w ogólnym zamieszaniu. Jego powieszone zwłoki znaleziono następnego dnia w stodole.

Mamy koleżanka była historią też autentycznie załamana i podobno przez kilka dni nie mogła spać. Mnie historia nie ruszyła, bo słyszałam ją wiele raz i nie mogła dotyczyć tego wesela, chociażby dlatego, że znałam ją już od kilku lat. Ba, widziałam nawet obalenie tego mitu w Pogromcach Mitów. Tej nocy moja mama spała zdecydowanie spokojniej.

Widzę, że ta opowieść jest żywa na forach ślubnych, pojawia się od czasu do czasu jako przestroga, by uważać podczas zabaw oczepinowych. Przestroga akurat bardzo słuszna, bo nawet jeśli na suficie nie czai się morderczy wiatrak, to bycie upuszczoną przez pijane towarzystwo nie jest na pewno przyjemne.

W legendzie głowa panny młodej nie zawsze zostaje urwana, czasem tylko welon wkręca się w wiatrak i skręca dziewczynie kark. Znacznie mniej widowiskowa wersja.

To co mnie najbardziej zaskakuje w tej historii to fakt, że tak dobrze przyjęła się na polskim gruncie. Z jednej strony wesele z historii zazwyczaj odbywa się na wsi, można domniemywać, że nie w bardzo eleganckim lokalu, skoro nieopodal pan młody znajduje stodołę. Wiatraki sufitowe są w Polsce mało popularne. Szczególnie na wsiach. Z drugiej strony historia o grabarzu kradnącym suknie ma jeszcze mniej sensu…

Tę notkę pisałam, gdy dzieci jeszcze nie spały, chodziły, dziamdały, zaczepiały, a ja nie mogłam zebrać myśli. Robiąc korektę w już bardziej sprzyjających warunkach znalazłam takie kwiatki:

„Następnego dnia obudziła się martwa”

„Niestety dziewczyna po oczepinach zasłabła i pomimo wezwania parówki” – Jak łatwo się domyślić Tomek dopominał się o kolację, gdy pisałam to zdanie.

Powiązane wpisy

Post Author: Rozwyrazowana

Mam 25 lat, męża, dwoje dzieci, wielkie plany i ambicje. Przede wszystkim marzę o tym, by moja pisanina została kiedyś wydana. Na razie skończyłam pisać pierwsza książkę i pracuję nad drugą. Poza tym w zeszłym roku schudłam 30 kg, więc temat odchudzania, zdrowego żywienia i ćwiczeń też jest mi bliski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *