Czy na diecie trzeba być do końca życia?

Ponad rok temu skończyłam odchudzanie i z pewną dumą Wam donoszę, że utrzymuję stałą wagę bez problemu.

Dla drobnego przypomnienia: schudłam 30 kg w 9 miesięcy, z BMI 32.1 do 22.0 licząc kalorie i ćwicząc.

Znacie te ciotki, które pytają Was kiedy wyjdziecie za mąż, kiedy będziecie mieć dzieci i tak dalej? Na pewno znacie. Mnie te ciotki pytają czy dalej jestem na diecie. I nie chcą wierzyć, że nie. Bo przecież każdy, kto przestaje się odchudzać, ten tyje. Tak mówi doświadczenie.

W dodatku, o czym ciotki nie wiedzą, tak mówią statystyki. 95% osób, które znacznie schudły po pięciu latach od zakończenia odchudzania waży więcej niż przed jego rozpoczęciem. Pisałam już o tym w notce „Dlaczego nie warto być na diecie” i nie będę się powtarzać.

Dzisiaj mniej teorii, a więcej tego, jak to jest z tym moim byciem lub niebyciem na diecie i utrzymywaniem wagi.

Trochę liczę kalorie

Nie ważę i nie mierzę każdego posiłku. Wyrobiłam sobie przyzwoite pojęcie co ile ma kalorii i działam głównie „na oko”. Od czasu do czasu podliczam dzienne kalorie, żeby sprawdzić czy dalej trzymam się w limitach. Jedyne, czego nigdy nie biorę na oko to moja własna waga. Ważę się co kilka dni. Jeden dzień z wyższą wagą, czy nawet tydzień, to normalne odchyłki. Gdy pojawia się tendencja wzrostowa, lub moja waga przekracza 66,5 kg (1,5 kg ponad moje ustalone 65) zaczynam się uważniej przyglądać swojej diecie, bez paniki, ale jednak.

Jem pizzę, a następnego dnia sałatę

Dobra, to nie do końca tak, ale jednak. To znaczy: z dnia na dzień kompensuję deficyt kaloryczny lub nadmiar kalorii. Jeśli jednego dnia nie mam czasu jeść i naprawdę przegryzę tylko coś drobnego w biegu, to następnego dnia bez skrupułów objadam się pizzą. W drugą stronę też działa: czyli najpierw pizza, a potem dzień lżejszego jedzenia.

Jem ciężkie kolacje

Ile razy słyszeliście, że od jedzenia kolacji się tyje? No właśnie. A dla mnie wieczór, gdy dzieci pójdą już spać, to jedyny moment, żeby zjeść coś na spokojnie. Zazwyczaj jem naprawdę duże i ciężkie kolacje. Ale znów: wiem o tym i to planuję. Na wieczór „oszczędzam” od 500 do 1000 kcal jedząc lekkie posiłki w ciągu dnia.

Lubię i jem słodycze

Dzień w pracy bez podjadania czegoś słodkiego, to dzień stracony. Co tu dużo mówić, muszę mieć coś słodkiego do kawy. Tyle, że z umiarem. Na podjadanie w pracy przeznaczam ok. 100 kcal dziennie, co równa się dwom kostkom gorzkiej czekolady, mini batonowi (z tych kupowanych na wagę) lub jednemu cukierkowi czekoladowemu. Szału może nie ma, ale mnie to wystarcza.
W niedzielę jeździmy do rodziców i tam zazwyczaj słodyczy jest trochę więcej. Szczerze mówiąc nie do końca liczę niedzielne ciastka, chociaż uważam, żeby nie zjeść ich za dużo. Zdrowy rozsądek i nic więcej.

Moje nawyki żywieniowe nie są złe

Z poprzednich akapitów może to nie wynika, ale w sumie nie mam tragicznych nawyków żywieniowych. Nie podjadam poza posiłkami, nie piję słodzonych napojów, nie objadam się, jem dużo warzyw, pilnuję, by zachować odpowiedni stosunek makroskładników w diecie. Zwracam uwagę na to, co jem i choć nie jest to wszystko organiczne, z wolnego chowu czy inne fit, to mogę powiedzieć, że moja dieta jest zbilansowana i oparta na świeżych składnikach.

Ćwiczę, żeby jeść

Właśnie, lubię nie tylko słodycze, ale w ogóle lubię jeść. Więc ćwiczę, żeby móc jeść więcej. Nie każde ćwiczenia dają dobry efekt jeśli chodzi o spalanie kalorii. Nie umiem pobiec wystarczająco długo i daleko żeby spalić jakąś konkretną ilość kalorii. Nie umiem podciągnąć się na drążku wystarczająco wiele razy. Jak chcę coś dodatkowego dorzucić na talerz to jeżdżę na rolkach lub na rowerze. Cała filozofia.

Nie mam zamiaru Was przekonywać, że strasznie dużo jem, że nigdy niczego sobie nie odmawiam, bo tak nie jest. Nie jem jakoś strasznie dużo. Czasem rezygnuję z czegoś, na co mam ochotę, ze względu na kalorie. Ale z drugiej strony: nie jem strasznie mało. Nie odmawiam sobie wszystkich przyjemności. Życie po diecie nie jest złe.

Powiązane wpisy

Post Author: Rozwyrazowana

Mam 25 lat, męża, dwoje dzieci, wielkie plany i ambicje. Przede wszystkim marzę o tym, by moja pisanina została kiedyś wydana. Na razie skończyłam pisać pierwsza książkę i pracuję nad drugą. Poza tym w zeszłym roku schudłam 30 kg, więc temat odchudzania, zdrowego żywienia i ćwiczeń też jest mi bliski.

2 thoughts on “Czy na diecie trzeba być do końca życia?

    zona-matka-i-wariatka

    (4 września 2016 - 19:50)

    30 kg? gratuluję. Ja próbuję się wziąć za siebie ale ciągle mam jakieś wymówki. Myślałam, że jak urodzi się moja córka to już się zmotywuję ale zamiast motywacji mam więcej wymówek 🙂

      Rozwyrazowana

      (4 września 2016 - 22:30)

      Ja znalazłam motywację po tym, jak urodził się mój drugi syn. Po prosu poczułam, że to dobry moment i zabrałam się do roboty. Nie jest łatwo przy maluchu, ale da się. Myślę, że najważniejsze jest dobre nastawienie (czyli optymizm i zacięcie) – bez tego trudno cokolwiek osiągnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *